
- Cholera, dziewczyno!
- Seks na zgodę musi być kurewsko dobry. Nie wiedziałeś o tym, Robert? – zapytała Wiktoria.
- Najwidoczniej nie. – odparłem.
- W takim razie dużo rzeczy nie wiesz. Ale wiedz jedno, będziesz musiał dać z siebie jeszcze więcej.
I znowu zaczęła. Nawet nie wiecie, ile razy człowiek może przeżyć orgazm w ciągu jednej nocy. Nie, nie bójcie się. Nie będę wam tego ani uświadamiał, ani tłumaczył.
- Schodzę na dół. – oznajmiła wyraźnie podniecona Wiktoria.
- Nie krępuj się i rób ze mną co chcesz. Dziś jestem cały twój.
Wiktoria zaczęła robótkę ręczną. Telefon zadzwonił. Popatrzyła na mnie.
- Kochanie, nie przeszkadzaj sobie. – powiedziałem. – Odbiorę, a ty rób to, co robisz.
- Rozkaz to rozkaz. – powiedziała kusząco.
Odebrałem telefon.
- Słucham?
- Robert, nie uwierzysz. – usłyszałem znajomy głos Tomka.
- Coś się stało?
- Coś się stało? Ty się mnie pytasz, czy coś się stało?! To ja ci, kurwa, odpowiem. Tak, stało się. Sprawdziliśmy naszą ofiarę. Nazywa się Irek Weler i zgadnij co dalej.
- Przez ostatnie parę miesięcy był w ciężkiej depresji, zwolniono go z pracy, rzuciła go żona i odeszła z innym. – zakończyłem znużonym głosem wyliczankę.
- Dokładnie. Pomyliłeś się tylko w jednym.
- A mianowicie? – zapytałem.
- Rzuciła go dziewczyna. Jest jeszcze coś. W jego mieszkaniu znaleźliśmy rozsypane tabletki nasenne, co znaczy, że…
- Chciał popełnić samobójstwo. – dokończyłem. – Wiesz co, Tomek? Nawet nie wiesz, jakie to dziwne uczucie mieć zawsze rację.
- Bardzo zabawne. Wpadnij później na posterunek. – powiedział i odłożył słuchawkę.
Weronika patrzyła na mnie z wyrzutem.
- Co się stało? – zapytałem. – Miałaś sobie nie przeszkadzać i zająć się nim. – powiedziałem.
- Tak, miałam. Dobrze, że powiedziałeś to w czasie przeszłym.
Faktycznie. Miała rację. Mój wzwód powiedział: „pa-pa”.
Odcinek:
2x02 – „Nie zabijaj”
W redakcji było wyjątkowo nudno. Jedynie naczelny podskakiwał na wieść o mordercy samobójców. Wszyscy inni nie wydali się zbytnio podekscytowani tą informacją.
Podszedł do mnie Bartek.
- Jaki mamy dzisiaj plan działania? – zapytał.
- W sumie nic ciekawego. Tomek powiedział, żebyśmy wpadli później na posterunek. A poza tym... nudy.
- Jestem ci dzisiaj koniecznie potrzebny?
- Nie, możesz się spokojnie urwać. – odparłem.
- Dzięki, mam u ciebie dług.
I wyszedł. A ja obróciłem się do komputera i znów zacząłem się nudzić. Po chwili poczułem zżerający mnie od środka głód „chęci”. Czułem, że muszę go zaspokoić, bo byłoby jeszcze gorzej.
Rzuciłem naczelnemu, że dzisiaj popracuje w terenie i pojechałem na łowy. Nie uwierzycie, ale fabryka po tych wszystkich ekscesach dalej była niezabezpieczona i dalej była miejscem moich mordów. Na moim osobistym celowniku znajdowała się tym razem konkretna osoba, a mianowicie Mikołaj Brzozowski zamieszany w tetrykowski handel narkotykami na masową skalę. Gówno, które dostarczał młodym ludziom, było cholernie niebezpieczne i wielu przekręciło się na drugą stronę. Brzozowski oczywiście, jak to w takich sprawach często bywa, wywinął się ze wszystkiego i pokazał soczysty środkowy palec na kodeks karny. Na mój kodeks będzie mógł nawet się wypiąć, a i tak go nic nie uchroni.
Wszystko miałem przygotowane w samochodzie – cały podręczny zestaw seryjnego mordercy. Podjechałem pod dom Brzozowskiego. Fałszywe papiery podawały mnie za pracownika pogotowia gazowego.
Zapukałem do drzwi.
- Czego? – otworzył mi Brzozowski.
- Jestem pracownikiem pogotowia gazowego. Dostaliśmy zgłoszenie o wycieku gazu w tym mieszkaniu.
- Ja nic nie zgłaszałem. Żegnam.
Już chciał mi zamknąć drzwi przed nosem, jednak szybko je złapałem.
- Każde zgłoszenie musimy sprawdzić i upewnić się, że takiego wycieku nie ma.
- Facet, nie pierdol mi tutaj, tylko pokazuj papiery. Tak w ogóle, to nie powinniście mieć jakiś specjalnych ubrań roboczych?
- Oto papiery. – pooglądał i oddał. – A co do ubrań. Sam pan wie, jeden trafi na szefa skurwysyna, drugi na złotego człowieka. Nasza ekipa natrafiła na tą drugą opcję.
- Rozumiem. Tylko pośpieszyć się musisz, koleś, bo zajęty jestem.
- W jakiej branży pan pracuje? – zapytałem.
- W srakiej. Sprawdzaj i wypieprzaj.
Nie był zbyt miły. Poszedł do pokoju i usiadł przy laptopie, a ja ukryłem się w korytarzu i poczekałem na odpowiedni moment. Po chwili Brzozowski wstał.
- Facet, skończyłeś już? – krzyknął.
Poszedł do kuchni. Gdy zobaczył, że mnie tam nie ma, wyciągnął broń.
- Masz przejebane, koleś! – krzyknął kolejny raz.
Od razu widać było, że jest obeznany z bronią palną i używał jej częściej niż ja. Mogłem więc przypuszczać, że jest dobrym strzelcem, co oznaczało zaś, że nie mogę podjąć zbędnego ryzyka i muszę po prostu poczekać na odpowiedni moment.
Odbezpieczyłem strzykawkę. Brzozowski wyciągnął telefon i zaczął gdzieś dzwonić.
- Wbijajcie do mnie, bo jakiś facet podał się za pracownika pogotowia gazowego i zniknął w mojej chacie. Nie chcę ryzykować, czekam.
Takiej opcji nie przewidziałem i musiałem podjąć ryzyko. Skradałem się ze strzykawką za jego plecami. Już miałem wbić mu ją w kark, kiedy dostałem z łokcia prosto w twarz.
- Tu jesteś, skurwysynu! – wrzasnął Brzozowski celując we mnie.
Kopnąłem go w dłonie i wypuścił pistolet z rąk. Czułem jak ciepła krew spływa mi z nosa. Dostałem jeszcze raz z pięści w twarz i upadłem bezwładnie na ziemię. Brzozowski splunął na mnie.
- Za chwilę się tobą zajmiemy, koleżko.
Zapomniał natomiast o pistolecie, który leżał bardzo blisko mnie. Czym prędzej go chwyciłem i strzeliłem dwa razy w klatkę piersiową Brzozowskiego. Upadł na podłogę. Usłyszałem samochód zajeżdżający pod dom. Uciekłem tylnymi drzwiami. Poczekałem na odpowiedni moment i podbiegłem do auta. Zwiałem stamtąd z piskiem opon i zobaczyłem w lusterku, że patrzy na mnie dwóch gości w skórzanych kurtkach.
- Kurwa mać! – zakląłem.
Nie nakarmiłem „chęci”, dałem się pobić, zostawiłem pełno śladów, moje auto widziało dwóch gangsterów, którzy pewnie mają mnie od teraz na celowniku, no i znów stanę się obiektem śledztwa. Czy coś mogło jeszcze bardziej spieprzyć ten dzień? Nie uwierzycie, ale mogło.
Postanowiłem pojechać na komisariat i zobaczyć co przygotował dla mnie Tomek. Zaparkowałem i zobaczyłem wychodzącego Tomka. Gdy zauważył mnie, od razu podszedł.
- Co ci się stało? – zapytał patrząc na krwawiący nos.
- Bliskie spotkanie ze słupem. Kara za brak podzielności uwagi podczas rozmawiania przez telefon. – odparłem trzymając chusteczkę przy nosie. – Gdzie jedziesz?
- Na miejsce zbrodni.
- Jak to? Nasz morderca uderzył znowu? – zainteresowałem się.
- Nie, zabito tego handlarza narkotyków - Mikołaja Brzozowskiego. Dostał dwa strzały w klatkę piersiową, a dwóch podwładnych potrafi zidentyfikować zabójcę. Oczywiście oni go pierwsi dopadną. Szczerze mówiąc to facet jest już praktycznie martwy. Chcesz mi towarzyszyć?
- Nie. – odpowiedziałem. – Chciałem się dowiedzieć co za nowinkę masz dla mnie.
- Ah, to oto chodzi. Zapomniałem. Naprawdę nie mam teraz czasu. Wpadnij jutro. Lecę, cześć.
- Na razie. – pożegnałem się i wyciągnąłem telefon.
Zadzwoniłem do Wiktorii.
- Tak?
- Kochanie, wrócę dzisiaj późno. Nie czekaj na mnie z kolacją. Posiedzę w redakcji.
- Znowu? – zapytała podirytowana.
- Taka praca.
- No dobra, ale i tak poczekam.
- Jak chcesz, ale naprawdę nie wiem o której wrócę. Pa.
- Pa.
Pojechałem pod redakcję. Wszedłem na górę. Naczelny powitał mnie uśmiechem i zapytał się co mi się stało. Powiedziałem dokładnie to samo, co Tomkowi i usiadłem za biurkiem.
Po chwili jeden z redaktorów krzyknął:
- Mamy newsa. Dostałem przeciek z policji. Mikołaj Brzozowski nie żyje. Został zastrzelony przez nieznanego napastnika, a gangsterzy nie chcieli zdradzić nawet koloru samochodu. Widać, że chcą dorwać gościa sami.
- Pięknie… - powiedziałem pod nosem.
- Masz coś więcej? – zapytał naczelny.
- A jakże. – odpowiedział. – Broń z której został zastrzelony Brzozowski należała do niego, nie była legalna i zniknęła z miejsca zbrodni. Morderca podał się za pracownika pogotowia gazowego, lecz pogotowie oczywiście nikogo nie wysłało. Brzozowski zadzwonił przed śmiercią do jego goryli, że ktoś się kręci po jego domu i po tym padły strzały.
- Ile? – zapytałem udając zainteresowanie.
- Dwa. Z moich informacji wynika, ze oba wycelowane w klatkę piersiową. I jest jeszcze coś. Krew, która została znaleziona na miejscu zbrodni, nie należy tylko do Brzozowskiego. Należy również do napastnika.
Krew mi odpłynęła. Jeśli ktoś zgrabnie połączy fakty, od razu dojdzie do mnie. Miałem nadzieję, że nikt nie jest na tyle spostrzegawczy.
Posiedziałem jeszcze chwilę w redakcji i postanowiłem jednak wrócić wcześniej do domu. Wszedłem do mieszkania i zastałem Michała.
- O… cześć. Co tu robisz? – zapytałem.
- Wpadłem na pogawędkę, ale cię nie było to Wiktoria zaprosiła mnie na kolację. No ale jeśli już jesteś, to mogę się zbierać.
- No co ty wyprawiasz? Zostań. – powiedziałem z uśmiechem.
- Z kim rozmawiasz, kochanie? – usłyszałem głos Wiktorii.
Początkowo pomyślałem, że to mnie pyta, lecz szybko ujrzałem w jak wielkim błędzie byłem. Wiktoria wyszła pół naga. Od razu zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi.
- Ty szmato… - udało mi się powiedzieć.
- Robert, uspokój się. Mieliśmy zamiar… - zaczął, ale mu przerwałem.
Popatrzyłem na Wiktorię.
– A my mieliśmy zamiar wziąć ślub. – powiedziałem nad wyraz spokojnie.
- Ja pójdę się lepiej ubrać… - powiedziała niepewnie Wiktoria.
Poszła, a Michał zaczął:
- Wiem o czym myślisz, ale nie rób tego. Wiktoria była zdegustowana twoim zaangażowaniem w pracę od wielu miesięcy.
- Od wielu miesięcy? To ile to trwa? – zapytałem.
- Pół roku… - odpowiedział Michał.
- To było pytanie retoryczne.
Przez chwilę się wahałem, w następnej oczy zaczęły mi łzawić, a po chwili wyciągnąłem broń, którą zabrałem Brzozowskiemu i wycelowałem w Michała.
- Stary, nie rób tego! – krzyknął. – Wiem, że jesteś wkurwiony, czujesz się zdradzony, ale tak być po prostu musiało!
Po chwili dodał:
- Mogłeś mnie zabić dziesięć lat temu – nie zrobiłeś tego. Teraz celujesz we mnie? Po tym co przeszliśmy razem? Po tym jak dochowywałem wiernie twoją tajemnicę? Po tym…
Strzeliłem mu w ramię. Upadł na podłogę.
- Kurwa! – ryknął.
- Co się, do jasnej cholery, stało? – wybiegła Wiktoria. – Robert… skąd miałeś pistolet?!
Wycelowałem w nią.
- Robert?!
Strzeliłem. Prosto w głowę. Wiktoria spadła martwa ze schodów.
- Co ty, kurwa, zrobiłeś?! – wrzasnął Michał, po czym zaczął płakać.
Dodał po chwili z błaganiem w oczach:
- Robert, ty mnie nie zabijesz, prawda? Robert?!
Podszedłem do niego i popatrzyłem mu prosto w oczy.
- Nie, nie zabiję cię. Sprawię, że sam będziesz chciał umrzeć.
Wycelowałem w niego znowu.
- Wstawaj. – rozkazałem.
- Robert, dlaczego to zrobiłeś? Nie musiałeś…
- Do garażu. No już.
- A co zamierzasz zrobić z ciałem Wiktorii? – zapytał rozdygotany.
- Zgłoszę włamanie, ale ciebie powinno to w tej chwili najmniej interesować.
Podeszliśmy do samochodu. Otworzyłem bagażnik.
- Wskakuj.
- Robert, błagam! – upadł na kolana.
- Ścierwo. – powiedziałem z odrazą i splunąłem mu na twarz. – Wskakuj do bagażnika.
Tym razem grzecznie usłuchał. Zamknąłem bagażnik.
Pojechałem pod fabrykę. Otworzyłem wielkie drzwi do niej i wręcz wrzuciłem w jej głąb Michała. Zapaliłem światło. Michał, który się powoli wykrwawiał, błagał mnie o życie.
- Robert, przemyśl to. Przemyśl to, błagam cię!
- Trzeba było nie pchać swojego fiuta tam gdzie nie trzeba.
- Ja nie…- zaczął.
- Co „ ja nie”? Co „ja nie”? To może ty się z kutasem na łby pozamieniałeś, co przyjacielu? Zresztą, to i tak bez znaczenia teraz. Dla mnie już umarłeś.
- Nie zabijaj mnie, nie zabijaj…
- Nie zabijaj. – odezwał się głos z sąsiedniego pomieszczenia. – Skoro tak ładnie prosi… Nie zabijaj, spraw by sam chciał umrzeć, a nie mógł. Spraw, by poczuł wieczny ból niemocy.
Tajemniczy gość wyszedł z sąsiedniego pomieszczenia w dziwnej masce. Od razu wiedziałem kto mnie dziś odwiedził i co najdziwniejsze – ucieszyłem się z tego powodu.
Autor: Michał „Sweet” Biszkowiecki


